Dzieciaki wybrały się (same! Jurand robił za opiekuna, coby Marzyni nie aresztowali za pozostawienie nieletnich nocą w lesie) na nocną paryję do Babci Broni. Dokooptowany na wakacjach do H&C Pasiunia miał na szczęście aparat, więc jakaś dokumentacja pozostała, oprócz niezapomnianych wspomnień, zapisanych w ich "dusznych skrzyneczkach" (z opowiadań wiem, że byli zachwyceni, ja już byłam na paryjabajnajt, nawet sylwestra żeśmy tam spędzali, ale pierwszy raz potwory były same).
Niestety, Jasio i Zunia się nie załapali, może i dobrze, bo oczywiście młodzi zapomnieli se materacy i mieli jedną karimatę na czworo, z której większą część, jako największy i funkcyjny zawłaszczył Jurand.
Fotogazetkie upubliczniam za zgodą zainteresowanych, jedynie Kamajkę umieszczam z pysiakiem za łapkami. Tygrzyk paskowany wyraził milczącą zgodę, saren nie zdążyli się zapytać, bo uciekły.
Zdjęcie nawłoci nieostre, ale te spłowiałe kolory mijającego lata są piękne.
Ognisko palili rotacyjnie całą noc, wilków tam nie ma, ale dzik też potrafi przestraszyć...
Nad ranem dyżur miała Kamajka i pstryknęła śpiących jak baranki, Pasiunia się poświęcił i ochraniał Martika przed komarami (mieli offa, ale komary uśmiały się jak konie z tego psikacza, widać po ramieniu chłopaka, jaki jest pożarty). Ten tobół w śpiworze z tyłu to Jerzyk.
Przebudzenie było bolesne. Jurand dosypia. Jak widać, "młode wilcy" to to nie som, my stare basiory byliśmy rano bardziej ożywieni. Niemniej, miło jest wierzyć, że kiedy ja już odejdę do Broni na wieczne ognisko w niebieskiej paryi, to potomkowie H&C nie zapomną o tym magicznym miejscu.
A tygrzyk rzeźwiutki od rana (bo najedzony...)
I na koniec chrobaczek na chabrze łąkowym.
Dzisiaj na paryję poszli sami faceci, nie zostałam dopuszczona do komitywy. No i w sumie dobrze, bo raz że upał jest masakryczny, a dwa chyba bym nie chciała partycypować w ich ogrowaniu ;-)